Mass Effect 2 to świetny kosmiczny erpeg - jeśli nie najlepszy
w ogóle. BioWare po raz kolejny stworzyło ciekawy świat, zapełniło go masą interesujących postaci a epicka fabuła, w której niejaki Komandor Shepard gra główne skrzypce, tylko dopełnia całości. Nic więc dziwnego, że ME2 (zresztą "jedynka" również) został bardzo wysoko oceniony przez dziennikarzy i graczy, którzy z niecierpliwością wyczekują ostatniej części tej niezwykłej opowieści. Co zrobić aby te oczekiwanie umilić? Można odświeżyć sobie pierwszą i drugą odsłonę serii - do czego gorąco zachęcam - lub też zapoznać się z ostatnim dodatkiem do "dwójki" - co polecam trochę mniej ciepło.
Shepard na moście
Najnowsze DLC do Mass Effecta 2 nosi nazwę The Arrival. To już ostatnie rozszerzenie przygód Sheparda w "dwójce", a sam dodatek - według obietnic BioWare - to pomost łączący fabułę ME2 z "trójką". Mocne słowa, ale czy poparte faktami? Owszem, choć to most dość chwiejny...
Fabuła "Przybycia" jest prosta: do Sheparda odzywa się Admirał Hackett, który ma dla Komandora prywatną misję: trzeba uratować Dr Kenson. Kobieta została porwana przez rasę Batarian w konkretnym celu - musi dostarczyć im jakiś nowych, kluczowych informacji dotyczących Żniwiarzy. Zlecenie jest prywatne co w praktyce oznacza tyle, że dowódca Normandii nie może zabrać ze sobą wiernej drużyny. Powód? Należy ją wykonać dyskretnie! Ale spokojnie, Shepard nagle nie zamienił się w Sama Fishera. Podczas swej wyprawy nadal będzie strzelał, siał zniszczenie i ratował ludzkość (dosłownie) - tylko tym razem w pojedynkę.
Po prostu walcz!
Należy postawić sobie sprawdzę jasno:
to dodatek skierowany wyłącznie do największych fanów Mass Effecta. Wiecie, takich, którzy podstawow grę, oraz poprzednie DLC ukończyli, a na "trójkę" czekają z zapartym tchem. Jako, że należę do tej grupy, to propozycję BioWare nabyłem. Czy żałuję? I tak i nie. Poprzedni add-on do ME2, czyli Liar od the Shadow Broker (
recenzja na Gejmie) był świetny. To w zasadzie esencja tego, co najbardziej lubiłem w tej kosmicznej sadze. LotSB dawał wybory, świetne dialogi, piękne widoczki, walkę z bossem, oraz pozwalał na dokończenie jednego z najważniejszych wątków "podstawki". Ideał? Owszem, dlatego z żalem stwierdzam, iż The Arrival tych cech został w większości pozbawiony. "W większości", więc nie jest to absolutna klapa... No ale po kolei.
Po chwili rozgrywki dochodzimy do jednego wniosku: nasze zadanie jest równie skomplikowane, jak konstrukcja cepa. Należy strzelać i zabijać wszystko co się rusza (a ktoś mówił, że mieliśmy działać dyskretnie). Można więc śmiało powiedzieć, iż znany
schemat nie uległ zmianie. Nadal przemieszczamy się po zamkniętych lokacjach, od osłony do osłony, i prowadzimy długie, emocjonujące wymiany ognia. Niestety rozszerzenie straciło to, co odróżniało tę serię od innych strzelanin TPP - dialogi, decyzje i poczucie wpływania na otaczający nas świat. Nie oznacza to oczywiście, że w trakcie gry w ogóle nie prowadzimy rozmów. Jasne, te są, i to całkiem ciekawe. Problem w tym, iż absolutnie nie wpływają one na dalszy przebieg zdarzeń. Co gorsze, nasze wybory są równie iluzoryczne. W zasadzie jedyne "namacalne" odwzorowanie poczynań to znane fanom punkty idealisty lub renegata. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której decydujemy się podjąć jakąś akcję, ale i tak podążymy w z góry upatrzony sposób? Po prostu pojęty przez nas wybór nie ma żadnego znaczenia. Mamy iść przed siebie, wziąć udział w przygotowanym scenariuszu, i przebijać się przez hordy oponentów.
Zresztą do tych także mam zastrzeżenia. BioWare ewidentnie poszedł w ilość a nie w jakość. Innymi słowy: mamy powtórkę rodem z Dragon Age II (
moją opinię o tym tytule poznacie w stosownym tekście). Jest nawet gorzej, bowiem
podczas godzinnej rozgrywki nie spotkamy żadnego godnego rywala - zapomnijcie o starciu z bossem rodem z LotSB. Zamiast tego pojawiła się
misja eskortowa i znane wszystkim roboty... Szkoda, bowiem samotna wyprawa Komandora dawała duże pole do popisu, z którego najzwyczajniej w świecie nie skorzystano. Wszystko sprawia wrażenie, jakoby The Arrival został stworzony jako typowy zapychacz, a tak hucznie zapowiadane fabularne połączenie obu części ostatecznie tak istotne nie jest... No ale nie wszystko w owym dodatku "leży".
następna strona
Komandor przybywa sam...
Mimo wszystko w "ostatnią misję Sheparda" nie grało mi się tragicznie. Powiem więcej:
DLC ma parę naprawdę dobrych momentów. Pierwsza i najważniejsza zaleta - dla fana serii - jest oczywista: więcej Mass Effecta. Pewnie, jest to przygoda troszkę okrojona, lecz ostatecznie dostajemy dodatkowe chwile w ukochanym świecie. Poza tym rozszerzenie dostarcza kilku świetnych widoczków (a w zasadzie jeden, końcowy) a tak ważnej w serii "epickości" także odmówić mu nie można. Zresztą ta ostatnia została graczowi niemalże "rzucona w twarz" poprzez wizję szybkiej zguby ludzkości. Nadto fabuła The Arrival, choć sama w sobie nie jest przełomowa dla uniwersum Mass Effecta jako takiego, to dostarcza zwrotów akcji i co najmniej jedno, solidne zaskoczenie. Znalazło się również miejsce na urozmaicenie: w pewnym momencie będziemy zmuszeni przejąć kontrolę nad znanym i lubianym LOKI. Niby nic, a cieszy.
...lecz Polskę omija szerokim łukiem.
Niestety The Arrival to kolejne DLC, po Liar od the Shadow Broker i Nadzorcy, które nie działa z polską wersją gry. Rodzima edycja Mass Effecta 2 po prostu nie jest kompatybilna z dodatkami. Jeśli jednak chcielibyście zapoznać się z ostatnim rozszerzeniem do ME2, to oczywiście jest na to sposób: wystarczy pobrać grę z oryginalnym dźwiękiem poprzez EA Store - nasz kod jak najbardziej działa. Swoją drogą jest to metoda, którą poleca samo EA. Przyznaje, dość uciążliwe (trzeba pobierać sporo GB danych), lecz jest! To znaczy na PC, bowiem fani X360 już takiego wyjścia nie mają...
Nie da się ukryć, że w najbardziej komfortowej sytuacji znaleźli się posiadacze wersji na konsolę Sony. Tam gra została wydana w wersji angielskiej, co rozwiązało wszystkie problemy. Cóż, coś za coś: nie ma lokalizacji - są wszystkie dodatki. Tylko szkoda, iż w dzisiejszych czasach musimy stawać przed takim wyborem, tym bardziej, że Electronic Arts ma swoją siedzibę w Polsce...
Czekamy na Mass Effect 3
Samotna, ostatnia w "dwójce", wyprawa Sheparda miała być czymś wyjątkowym. Czy jest? Nie! Widać, że The Arrival był tworzony w pośpiechu, bez wielkiego budżetu. Jasne, DLC nie kosztuje kroci (25 PLN), lecz zapowiedzi dawały nadzieję na coś
więcej niż to, co finalnie dostaliśmy. Pozostaje podkreślić po raz wtóry: to propozycja wyłącznie dla największych fanów Mass Effecta - oni spokojnie mogą do końcowej noty dodać jedno oczko. A co z tymi "standardowymi"? Im radzę te pieniądze wydać na coś innego bo
coś czuję, że o wydarzeniach z "Przybycia" w ME3 nie usłyszymy ani słowa - włącznie z przemiłą rozmową wieńczącą jego koniec...
poprzednia strona